O tym, że armator ma dla mnie taką zaszczytną propozycję dowiedziałam się w listopadzie 2023 roku. Przewodnicząca Klubu Matek Chrzestnych – Miłosława Błaszyk-Zjawińska zapytała się mnie wówczas, czy chciałabym zostać Matką Chrzestną statku „ Tczew”. Oczywiście się zgodziłam, to wielkie wyróżnienie, tym bardziej, że ta grupa statków jest mi bliska, z racji pracy w Dziale Ekonomicznym, prowadzę ich umowy bareboat i wyniki statków -wiem o nich dużo. Chrzciny miały odbyć się wiosną, wtedy miał przypłynąć do Europy. Część statków z tej grupy nie miała ceremonii w Chinach – w stoczni- przy odbiorze, lecz w późniejszym czasie (w tym przypadku po siedmiu latach) w portach europejskich. Było to dla mnie wygodne rozwiązanie, pomyślałam, że mam odpowiednio dużo czasu na znalezienie odpowiedniego stroju i kapelusza na wiosenną porę. Tymczasem, kiedy nastała wiosna, wszystko już było przygotowane „Tczew” ciągle nie przypływał do Europy. Minęło lato, zaczęła się już jesień a ja dalej czekałam. Byłam cały czas w kontakcie z operatorem statku, ale on nie miał dobrych wieści. Mój przyszły chrześniak wciąż pływał na południowej półkuli. Wtedy stwierdziłam, że trzeba przygotować się ze strojem na jesień lub zimę. Znowu więc szukałam odpowiedniego kapelusza, tym razem już w wersji zimowej. W ten sposób byłam już gotowa na wszystkie pory roku. W końcu w grudniu pojawiło się światełko w tunelu – płynie z ładunkiem do Danii!!! Hurra! – był grudzień 2024 roku. Ale okazało się, że nie będzie jak tam dotrzeć, wyładunek był bezpośrednio w elektrowni i w dodatku był to okres świąteczno-noworoczny, wtedy operator pocieszył mnie, że prawdopodobnie statek będzie jeszcze przed powrotem do Stanów zatrzymywał się w Niemczech lub Holandii. Ucieszyłam się, że może w końcu się uda. I wkrótce okazało się, że w styczniu 2025 roku będzie się ładował drewnem w porcie Brake w Niemczech – nareszcie. Zmęczona tym długim wyczekiwaniem, ale jednocześnie podekscytowana ruszyłam w podróż 13 stycznia 2025 roku. Martwiłam się trochę o pogodę, ponieważ zawitała akurat do nas śnieżna zima i było chłodno, ale byłam na to już przygotowana z ciepłym płaszczem i kapeluszem. Chrzest odbywał się następnego dnia na pokładzie statku, przy nadbudówce, wszystko było przygotowane – butelka szampana wisiała przygotowana na sznurku. To była kameralna, ale piękna i wzruszająca uroczystość. Starałam się jak najlepiej sprostać zadaniu. Towarzyszyła mi sama Przewodnicząca Klubu Matek Chrzestnych. Emocje związane z ceremonią chrztu były ogromne, nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tak to będę przeżywać. Ale wszystko poszło dobrze, po wygłoszeniu krótkiej formuły przecięłam sznurek i butelka z szampanem rozbiła się o komin. Odetchnęłam z ulgą. Każda marzy, aby ta butelka rozbiła się za pierwszym razem, aby nie przynieść statkowi pecha. Gdy usłyszałam oklaski załogi poczułam dopiero jak spływa ze mnie całe zdenerwowanie. Potem było już tylko bardzo przyjemnie. Zdjęcia, uśmiechy, wręczanie pamiątek – to były bardzo miłe, wzruszające i radosne chwile. W towarzystwie kapitana Ryszarda Mogielnickiego z dumą zwiedzałam mojego chrześniaka. Obecnie na bieżąco śledzę jego rejsy. Wysyłam życzenia świąteczne i mam nadzieję, że przypłynie gdzieś do Polski – może do Polic lub Szczecina, żebym mogła go jeszcze raz odwiedzić.
Matka Chrzestna
Anna Drzewiecka
Link do artykułu:



